Jaka aplikacja do zadań offline sprawdza się najlepiej na budowie?

Najlepsza zapisuje najpierw na telefonie, a dopiero potem w sieci. Każdego kandydata sprawdź w trybie samolotowym: dodaj zadanie, popraw je, dołóż zdjęcie, a potem wymuś zamknięcie i otwórz aplikację ponownie. Jeśli wygasza przycisk, odmawia zapisu albo gubi wpis po ponownym otwarciu, to buforuje to, co czytasz, a nie zapisuje tego, co piszesz.

Kwadrans po piętnastej, w środę, w przestrzeni podpodłogowej parterowego domu w Guelph. Właściciel chce przenieść pralnię na górę, a przed wrzuceniem drabiny z powrotem na pakę są cztery rzeczy warte zapisania: belka stropowa, w której nie wolno robić wycięcia, przewód od suszarki poprowadzony w złą stronę, zawór odcinający, którego nikt nigdy nie opisał, i kolanko do kupienia po drodze do domu. Telefon pokazuje jedną kreskę, a potem żadnej.

Więc te cztery rzeczy lądują na odwrocie paragonu, w notatce głosowej albo w tej części pamięci, która trzyma już dwa inne zlecenia. Do piątku przeżywają trzy. Ta czwarta jest dokładnie tą, o którą klient pyta w poniedziałek.

Prawie każda aplikacja sprzedawana fachowcom mówi, że działa offline, i właśnie dlatego ten zwrot przestał już cokolwiek znaczyć. Opisuje co najmniej trzy różne zachowania, a tylko jedno z nich na coś się zdaje w przestrzeni podpodłogowej. Rozróżnienie ich zajmuje jakieś dziesięć minut i warto to zrobić, zanim przeniesiesz gdzieś rok notatek ze zleceń.

Co zwykle znaczy „działa offline”

Najsłabsza wersja to bufor tylko do odczytu. Wczorajszy harmonogram jest na ekranie, bo pobrał się, kiedy miałeś zasięg, i to naprawdę bywa przydatne, kiedy stoisz w parkingu podziemnym i próbujesz przypomnieć sobie adres. Potem próbujesz coś dodać. Przycisk jest wygaszony, kółko się kręci albo czerwony pasek informuje, że nie masz połączenia. Możesz oglądać swój dzień, ale nie możesz go zmienić.

Wersja środkowa przyjmuje to, co wpisujesz, i trzyma to w pamięci. Wygląda, jakby się udało. Przeżywa zablokowanie ekranu i zwykle przeżywa spacer do samochodu. Czego zwykle nie przeżywa, to zamknięcia aplikacji przez system, żeby zwolnić pamięć; dzieje się to bez pytania i nie zostaje po tym nic. To najgorsza z trzech, bo przez miesiąc uczy Cię, że można jej ufać, zanim cokolwiek zgubi.

Wersja warta swojej ceny zapisuje do bazy danych na samym telefonie. Rekord istnieje na urządzeniu w tej samej chwili, w której naciskasz zapis, niezależnie od tego, czy ktokolwiek słucha po drugiej stronie, a kolejka trzyma go tak długo, aż wysyłka się powiedzie. Zasięgiem aplikacja zajmuje się później, we własnym tempie. Właśnie tego zachowania szuka test trybu samolotowego.

Dziesięciominutowy test trybu samolotowego

Zrób to na aplikacji, której używasz teraz, i na każdej, na którą myślisz się przesiąść. Dziesięć minut na kanapie jest tańsze niż przekonanie się o tym w przestrzeni podpodłogowej.

  1. Włącz tryb samolotowy. Nie słaby zasięg, tylko tryb samolotowy, żeby nie było wątpliwości, do czego aplikacja może sięgnąć.
  2. Utwórz coś nowego: zlecenie, zadanie w zleceniu, wizytę na czwartek.
  3. Dołóż do tego zdjęcie i wpisz notatkę na tyle długą, żeby jej strata Cię zabolała.
  4. Popraw coś, co istniało jeszcze zanim straciłeś połączenie: zmień godzinę, odhacz zadanie.
  5. Wymuś całkowite zamknięcie aplikacji, a potem otwórz ją ponownie, wciąż w trybie samolotowym. Wszystko, co przed chwilą zrobiłeś, powinno być dokładnie tam, gdzie je zostawiłeś.
  6. Wyłącz tryb samolotowy, odłóż telefon i odejdź na dwie minuty, nie otwierając aplikacji. Potem zajrzyj na inne urządzenie albo jeszcze raz do tych samych rekordów i sprawdź, czy wysyłka poszła sama.

Cokolwiek nie przechodzi kroku piątego, jest buforem w pamięci i należy je traktować jak świstek papieru. Cokolwiek nie przechodzi kroku szóstego, będzie działać, ale tylko jeśli pamiętasz, żeby otworzyć to we właściwym miejscu, a taki rytuał wytrzymuje jakieś trzy tygodnie sezonu.

Ile naprawdę kosztuje jedna zapomniana notatka

Drogie nigdy nie jest to, co w notatce. Drogi jest czwartkowy poranek, który zaczyna się od jazdy z powrotem do hurtowni po złączkę ustaloną we wtorek i niezapisaną nigdzie.

Fachowiec w płóciennej kurtce roboczej czekający przy ladzie hurtowni z telefonem w dłoni

Wyceń ten wyjazd uczciwie. Czterdzieści pięć minut jazdy i dwadzieścia pięć przy ladzie to siedemdziesiąt minut, a przy stawce 95 dolarów za godzinę jest to jakieś 111 dolarów czasu, za który nikt Ci nie płaci, jeszcze bez paliwa. Dwa razy w miesiącu to dwadzieścia cztery wyjazdy rocznie: mniej więcej dwadzieścia osiem godzin, czyli 2 660 dolarów. To tydzień pracy wydany na odzyskiwanie informacji, którą już miałeś.

Cichszą liczbą jest materiał, który nigdy nie trafia na fakturę. Złączka za 60 dolarów kupiona po drodze na zlecenie, pamiętana jeszcze przy samochodzie i zapomniana, zanim powstanie faktura, cztery razy w miesiącu, to 2 880 dolarów rocznie z własnej kieszeni wydane na cudzy dom. Przepuść własne liczby przez koszt godziny, której nie zafakturujesz, jeśli ta arytmetyka brzmi abstrakcyjnie; większość ludzi jest zaskoczona własną stawką.

Jest jeszcze trzeci koszt, który pokazuje się tylko w gorszym roku. Kanadyjski urząd skarbowy (CRA) wymaga przechowywania dokumentacji firmowej przez sześć lat od końca ostatniego roku podatkowego, którego dotyczy, a zdjęcie uszkodzonej belki stropowej, które nigdy nie opuściło telefonu, dokumentacją nie jest. Tak samo notatka, której już nie potrafisz znaleźć. Kiedy klient podważa to, co zostało ustalone w piwnicy, wygrywa ten, kto ma notatkę z datą.

Kolejka jest tą częścią, którą musisz widzieć

Aplikacja, która zapisuje lokalnie, i tak musi w końcu przekazać tę pracę dalej, a to przekazanie jest miejscem, w którym mieszka druga klasa problemów. Chcesz móc otworzyć ekran i zobaczyć, co nie dotarło jeszcze na serwer: nie kręcącą się ikonę, tylko listę. Jedenaście pozycji w kolejce to nic złego. Jedenaście pozycji czekających od wtorku to pytanie, które warto zadać we wtorek, a nie na koniec miesiąca.

Co się dzieje, kiedy dwie osoby zmieniają to samo zlecenie

Zmieniasz nazwę zlecenia w piwnicy, a w tym samym czasie biuro przesuwa je na czwartek. Obie zmiany są prawdziwe i jedna z nich dotarła druga. Aplikacja, która po cichu zostawia tę, która dotarła później, bezgłośnie cofnie czyjąś pracę, czasem na miesiące, zanim ktokolwiek to zauważy. Aplikacja, która zatrzymuje się i pyta, robi to, co należy, nawet jeśli bycie pytanym lekko irytuje. To część prowadzenia samego zlecenia, a nie techniczny szczegół.

Gdzie pasuje Zeus

Zeus zapisuje najpierw do bazy danych na telefonie, a z serwerem rozmawia dopiero potem. Każdy zapis udaje się bez zasięgu i ląduje w kolejce w skrzynce nadawczej na urządzeniu, a to właśnie różnica między notatką zrobioną a notatką straconą. Kiedy telefon znów znajduje sieć, skrzynka nadawcza opróżnia się sama.

To, co możesz tworzyć i edytować bez zasięgu, to większość aplikacji, a nie jej narożnik: klienci, miejsca zleceń, zlecenia, zadania w zleceniach, wizyty, notatki, zdjęcia, wydatki oraz faktury wraz z ich pozycjami i płatnościami. Kolejka jest ekranem, który możesz otworzyć, więc to, co nie dotarło na serwer, jest listą do przeczytania. Kiedy serwer wraca ze sprzeczną zmianą tego samego rekordu, trafia ona na ekran konfliktu, gdzie sam wybierasz, która wersja zostaje.

Baza danych na telefonie jest zaszyfrowana kluczem wygenerowanym przy Twojej własnej instalacji. Bez zasięgu chudnie jedna rzecz: podpowiadanie adresów. Podpowiedzi przestają się pojawiać, a adres wpisany ręcznie i tak się zapisuje. Reszta tego, co aplikacja obejmuje, zachowuje się tak samo. Startowy rozmiar nic nie kosztuje i się nie kończy; co zawiera każdy z rozmiarów, przeczytasz na stronie z cenami.

Wracając do przestrzeni podpodłogowej: nic z tego nie jest kwestią gustu w oprogramowaniu. Te cztery ważne rzeczy były prawdziwe przez jakieś dziewięćdziesiąt sekund i jedyne pytanie brzmiało, czy telefon je przyjmie. Test zajmuje dziesięć minut, na tym, czego używasz teraz, albo na aplikacji Zeus.

Najczęściej zadawane pytania

Czy aplikacja offline zużywa więcej baterii albo zapycha telefon?

Zapis na telefonie nie kosztuje prawie nic; kwestią miejsca są zdjęcia, a te zajmują tyle samo, czy siedzą w aplikacji, czy w galerii. Sprawdzić trzeba, czy aplikacja pozwala zobaczyć i wyczyścić to, co już zostało wysłane, żeby pełny telefon pozostał zadaniem konserwacyjnym, a nie kryzysem w środku zlecenia.

Jak długo mogę być offline, zanim zrobi się z tego problem?

Całe dni, jeśli aplikacja naprawdę stawia urządzenie na pierwszym miejscu: ograniczeniem nie jest czas, tylko inni ludzie. Wszystko, co zapisałeś w piwnicy, jest dla biura niewidoczne, dopóki się nie wyśle, więc ekipa, która milknie na tydzień, jest problemem harmonogramu, zanim stanie się problemem danych. Wejdź raz dziennie do sieci, zerknij na kolejkę i pytanie przestaje mieć znaczenie.

Czy muszę pamiętać o naciśnięciu synchronizacji?

Nie powinieneś. Aplikacja stawiająca urządzenie na pierwszym miejscu wysyła dane, kiedy zauważy sieć, i jeszcze raz po upływie ustalonego czasu, a naciskanie przycisku powinno być wyłącznie objawem niecierpliwości. Wskazówką jest krok szósty z testu powyżej: jeśli nic się nie rusza, dopóki nie otworzysz aplikacji przy Wi-Fi, to rytuał, o którym zapomnisz w sierpniu, czyli dokładnie wtedy, kiedy masz najwięcej roboty.

Czy aplikacja do notatek plus aparat wystarczą?

Dla jednej osoby przy jednym zleceniu, szczerze mówiąc, czasem tak. Przestaje wystarczać w momencie, w którym ktoś jeszcze musi zobaczyć, co zapisałeś: wspólnik, biuro, uczeń, albo w którym notatka musi być podpięta pod zlecenie pół roku później, żeby dało się obronić fakturę. Notatka w aplikacji do notatek nie ma pod sobą żadnego zlecenia i na tym polega cała różnica.